Bardzo miło jest mi poinformować że PortalMorski.pl, objął patronatem medialnym moją wyprawę. Pod tym linkiem, możecie przeczytać krótki wywiad ze mną dotyczący zbliżającego się wielkimi krokami zimowego marszu :)
środa, 9 stycznia 2013
Patronat medialny
Bardzo miło jest mi poinformować że PortalMorski.pl, objął patronatem medialnym moją wyprawę. Pod tym linkiem, możecie przeczytać krótki wywiad ze mną dotyczący zbliżającego się wielkimi krokami zimowego marszu :)
wtorek, 8 stycznia 2013
Już w nowym roku
Wybaczcie mi moją długą nieobecność. Na początku były
święta, następnie sylwester, a po nowym roku ruszyła cała maszyna związana z
wyprawą, oraz sprawami związanymi z uczelnią. Nie wiem czy wy też tak macie,
ale ja po kilku dniach względnego spokoju, dostaję naglę - w ciągu jednego dnia -
lawinę dwudziestu maili, w dodatku nie tych na które czekałem.
Powoli zaczynam także kończyć zbieranie sprzętu, już mniej
więcej wiem co mi się przyda, a co jedynie będzie ciążyć – gdy już zamknę swoją
listę, podzielę się z Wami informacjami o przedmiotach które zdecydowałem się
zabrać ze sobą w podróż. Wybaczcie że dzisiaj tak krótko, ale jutro czeka mnie kolejny dzień wypełniony telefonami oraz załatwianiem formalności.
piątek, 21 grudnia 2012
Nocny wypad
Kilka nocy temu znów udało mi się
wyrwać teren. Oczywiście z uwagi na okres przedświąteczny, oraz na słupek rtęci
który przez ostatnie dni, nie spadał poniżej pięciu stopni Celsjusza wyjazdy
pod namiot musiały zostać zawieszone. Nie za ciekawe są dla mnie również
prognozy pogody, według których do Świąt ma nie spaść ani jeden płatek śniegu –
na szczęście będą ujemne temperatury, więc mam wielką nadzieję że jeszcze przed
świętami uda mi się wyskoczyć pod namiot.
No ale wracając do tematu, dlaczego piszę że wyrwałem się w
teren, a nie na przykład pojechałem czy wyszedłem? Bo była to prawdziwa
ucieczka z okopów monotonii.
Wyjazd zaplanowałem na pierwszą w nocy, jednak mój nowy
telefon nie za bardzo chciał pogodzić się z faktem że przez najbliższe kilka
godzin będzie mi służył wyłącznie za GPS, więc dopiero w okolicach drugiej w
nocy, z sakwami przypiętymi do bagażnika rowerowego ruszyłem po wyznaczonej
wcześniej trasie.
Potrzebowałem tego by wsiąść na rower i zrobić te 40 kilometrów, potrzebowałem
pojeździć po pustych ulicach i pobyć sam na sam z własnymi myślami. Wiele osób
zarzuca mi że jazda rowerem w nocy jest wyjątkowo niebezpieczna, bo pijani
kierowcy, bo mała widoczność, bo diabeł polem biega.
Jeżeli jeździsz rowerem po polskich drogach, każdego
kierowcę musisz traktować jako potencjalne zagrożenie. Dla nich nie ważne jest
że drugi pas jest pusty i tak wyprzedzą Cię „na styk” bo niby dlaczego nie?
Kierowca tira, nie zastanowi się że te kilkadziesiąt ton które mija Cię w
odległości kilkunastu centymetrów sprawia że krew w Twoich żyłach na moment
zamarza. Zresztą nie chodzi tu tylko o kierowców zawodowych. Starałem się
znaleźć jakiś związek pomiędzy marką , rozmiarem auta czy rodzajem auta, a manewrem
wyprzedzania rowerzysty – nie znalazłem. Niestety, ale 95% polskich kierowców to
ludzie bez wyobraźni, za to z żyłką rajdowca.
Pamiętam jak jechałem rowerem nad morze i w pewnym momencie
z naprzeciwka nadjechał tir – nie wiem jaki ładunek przewoził, ale podmuch
który stworzył wyhamował mnie z dwudziestu pięciu kilometrów na godzinę do
trzech...
Trasę zaplanowałem z Katowic, przez Mikołów, Łaziska Górne, Gostyń
i Kobiór. Miasto w godzinach nocnych jest niesamowite, puste nieme ulice,
spowity mgłą horyzont i żółte migoczące światła, czyli spokój i cisza, taka
mała namiastka gór. Do godziny trzeciej trasa nie sprawiała żadnych problemów,
później zrobiło się odrobinę ciekawiej.
Zaczęły pojawiać się mgły, a drogi pokryły się cieniutką,
gładką niczym powierzchnia lustra warstwą lodu. Było tak ślisko, że tylne koło
momentami buksowało nawet na prostych odcinkach, a przy podjazdach traciłem
nawet ¾ obrotu. Jednak najgorsze były zjazdy, ale w końcu nie wyjeżdża się w
grudniu o drugiej w nocy na rower, z nadzieją że podczas przejażdżki pojawi się możliwość by wraz z ukochaną osobą wylegiwać na skąpanej w słońcu polanie i zajadać
ciasteczka :)
Podczas pierwszych zimowych wyjazdów na tylnym hamulcu
ustawiłem dość duży luz, dzięki czemu szczęki nie chwytały koła od razu, tylko
robiły to stopniowo - w ten sposób odpowiednio manipulując dociskiem klocków mogłem
skutecznie (choć powoli) hamować nie wpadając w poślizg.
I tak jechałem samotnie przez noc, delektując się błyszczącą
nad miastem świetlistą łuną, mgłami które znacznie ograniczały widoczność, oraz
ozdobami świątecznymi migoczącymi na mijanych budynkach i ulicach.
Na stację kolejową przyjechałem na dwadzieścia minut przed
planowanym przyjazdem pociągu. W budynku znajdował się automat w którym można
było zakupić bilet, jednak jego obsługa przerosła moje możliwości i po
dziesięciu minutach dałem sobie spokój.
Przed wyjazdem sprawdziłem że najbliższy pociąg w którym
istnieje możliwość przewozu roweru jedzie dopiero za kilka godzin, ale czy
powinienem się tym przejmować? Z uśmiechem na twarzy i pewnością siebie można
wejść tam gdzie pesymiści i smutasy nigdy nawet nie zajrzą.
Tak więc po kilku minutach zobaczyłem skład którego zupełnie
się nie spodziewałem... nadjechała szara śmierć. Były to zaledwie trzy, albo
dwa wagony z wąskimi wysokimi wejściami i przedziałami - przez chwilę naprawdę
sądziłem że nie uda mi się tam wejść z rowerem. Licząc się z tym że w każdej
chwili mógł się pojawić konduktor i powiedzieć:
- Panie, gdzie z tym rowerem? Nie widzi Pan że za wąsko.
Postawiłem rower na tylne koło i płynnym ruchem wszedłem do
środka. Do podobnego wagonu ładowałem kiedyś rower w Gdańsku, tyle tylko że
wtedy ważył 40 kg
i miał przytroczony namiot oraz śpiwór – więc jakieś tam doświadczenie w pakowaniu
roweru do pociągu mam :)
Po chwili podeszła do mnie Pani konduktor i z lekkimi nie
wartymi wspomnienia trudnościami sprzedała mi bilet. Przyjemną niespodzianką
okazał się fakt, że brak możliwości przewozu roweru skutkuje tym że Pani w
swoim urządzonku nie ma odpowiedniej opcji która pozwoliłaby wliczyć przewóz
roweru do ceny biletu, zresztą komu przeszkadza rower w pustym pociągu o
czwartej rano?
niedziela, 16 grudnia 2012
Przygotowania cz.3
We wtorek znów pojechałem pod namiot, tym razem jednak
warunki były zupełnie inne niż poprzednio. Temperatura nie wynosiła – 10
stopni, a zaledwie radosne -3. Pomimo faktu że wskazówka zegara zbliżała się
już do północy, niebo było wyjątkowo jasne, a duży kontrast pomiędzy śniegiem,
a innymi obiektami zapewniał doskonałą widoczność.
Tak więc zauroczony, malowniczo spadającymi płatkami śniegu
włożyłem klucz do zamka kłódki. Klucz przekręcił się bez problemu, a ja znów
miałem przed sobą wizję kilkunastu godzin które spędzę sam na sam z przyrodą, z
dala od miejskiego zgiełku.
Po wejściu zamknąłem za sobą bramę i ruszyłem w poszukiwaniu
odpowiedniego miejsca na rozbicie namiotu. Brodząc po kostki w śniegu
uświadomiłem sobie że coś jest inaczej niż poprzednio. Miałem nieodparte
wrażenie że ktoś mnie obserwuje...
Zostawiłem plecak i ruszyłem na mały obchód. Wszystko było
pokryte świeżą warstwą dziesięciocentymetrowego śniegu, więc bez problemu
mógłbym stwierdzić czy ktoś faktycznie przebywa tutaj razem ze mną. Niestety –
a może na szczęście - w pobliżu pięćdziesięciu metrów, nie znalazłem żadnych
śladów świadczących o tym że ktoś faktycznie mógł mnie obserwować. Wróciłem do
plecaka wyjąłem namiot, oczyściłem podłoże ze śniegu i zacząłem z mozołem
wbijać śledzie w zmrożoną ziemię. Jednak wrażenie, że ktoś intensywnie się we
mnie wpatruje nadal mnie nie opuszczało...
Rozbijając namiot konfrontowałem ze sobą moje wewnętrzne
przeczucie, oraz stan faktyczny z którym zetknąłem się podczas „obchodu”. Może
to za sprawą leżącej na dnie plecaka książki Stephena Kinga, która mnie mocno
wciągnęła – zresztą jak każda książka, która wyszła spod jego pióra – zrobiłem
się... no cóż, nieco podejrzliwy?
Gdzieś przy wbijaniu szóstego śledzia, kątem oka zobaczyłem
czarny kształt który przebiegł za moimi plecami. W takich sytuacjach ludzie
często myślą „na pewno mi się przewidziało” starając się zanegować to co
właśnie zobaczyli, czy czego doświadczyli. Bardzo ciekawie na ten temat piszę
Amanda Ripley w książce „Instynkt Przetrwania, jak przetrwać katastrofę”.
Jednak ja wiedziałem ze mi się nie zdaje, oraz wiedziałem
też że to nie człowiek. Wiedząc już że żaden psychopata nie czai się w
krzakach, nie przerywając swojej pracy dyskretnie obserwowałem co się dzieje
wokół mnie.
Kilka minut później doszedłem do wniosku że to nie jeden
„cień”, a kilka biega wokół mnie i najwyraźniej nie wie czy sklasyfikować mnie
jako coś neutralnego, czy wrogiego.
Jak się okazało, te „tajemnicze cienie” to cztery koty – z
czego trzy były całe czarne, a jeden biało czarny – które pewnie uznały mnie za
niezła atrakcję, lub myśląc bardziej jak zwierze za kogoś kto rzuci im coś do
jedzenia.
Stwierdziłem że skoro miały tyle odwagi żeby do mnie
podejść, to ja nie mam nic przeciwko temu żeby je nakarmić. Z racji tego że
jedzenie które miałem w plecaku wymagało podgrzania, zabrałem się za rozpalanie
ogniska.
Gdy drewno zaczęło płonąć stałym płomieniem, jeden z kotów –
którego nazwałem Gapa – przysiadł na krawędzi blasku rzucanego przez wznoszące
się do góry płomienie, zamarł niczym kamienny pomnik i obserwował co robię. Pozostałe trzy koty nie były tak odważne jak Gapa i trzymały
się bardziej na uboczu, co chwilę zmieniając swoją pozycję.
Gdy włożyłem menażkę w sam środek ogniska, poinformowałem Gapę
i towarzyszy że jak tylko zbliżą się do mojego posiłku, to w najlepszym wypadku
same trafią na talerz i poszedłem nad jezioro przynieść trochę wody, która
przyda mi się później do umycia naczyń.
Wracając zauważyłem że mali partyzanci kręcą się przy
ognisku i chętnie zjedliby zawartość mojej menażki, ale bardziej od moich słów
bardziej przejęły się strzelającymi wokół naczynia płomieniami. Szczerze mówiąc
miałem świadomość że głodny kot, słucha się tak bardzo jak kto najedzony, czy
jakikolwiek inny kot, więc przed odejściem dorzuciłem do ogniska kilka
grubszych kawałków brzozy, które sprawiły że moja kolacja została oddzielona od
kotów swojego rodzaju ognistym murem.
Po zjedzeniu kolacji – którą podzieliłem się z nocnymi
partyzantami - umyłem naczynia i wskoczyłem do namiotu. Temperatura na zewnątrz
utrzymywała się na poziomie -3 stopni, a w środku panowało przyjemne 4,5
stopnia.
Zapadając w sen słyszałem biegające w pobliżu koty i
stwierdziłem że ich obecność świadczy o tym, że nikt inny poza nimi i mną nie
przebywa w pobliżu. Skoro do mnie skradały się tyle czasu, w sytuacji gdyby
pojawiła się kolejna osoba na pewno znów by ucichły i schowały się w cieniu.
Będąc już w tym przyjemnym miejscu, w którym sen styka się z
jawą usłyszałem nietypowy ryk, który zbliżał się do mojego namiotu. Na
kilkanaście centymetrów przed namiotem jeden z kotów zaczął toczyć walkę z
drugim, a mnie ogarnęła refleksja czy dzisiaj uda mi się usnąć, czy też co
chwilę będą mnie budziły odgłosy kocich zabaw...
Pogrążony w tej refleksji usnąłem.
piątek, 14 grudnia 2012
Patron medialny!
Z wielką radością informuje że portal ludzi aktywnych
skauting.pl objął moją wyprawę swoim patronatem medialnym! Serdecznie dziękuje za
wiarę w mój projekt!
poniedziałek, 10 grudnia 2012
Pierwsze lody za płoty - przygotowania cz.2
![]() |
| Nad brzegiem jeziora |
Dodatkowo mam możliwość "trenować" na prywatnym terenie mieszczącym się nad brzegiem jeziora, więc są to warunki zbliżone do tych w których przyjdzie mi działać w lutym, podczas mojej wyprawy.
Przyznam się szczerze że przebywanie w tym terenie sprawia mi niesamowitą radość. Na przykład jeżeli potrzebuję wody muszę iść nad jezioro i wyrąbać dziurę w lodzie, nabrać wody do wiadra, wrócić do namiotu i ją zagotować. I tak oto czynność która w domu sprowadza się do odkręcenia kranu i czekania aż odpowiednia ilość wody napełni trzymane w dłoni naczynie, tutaj urasta do rangi kilkunastominutowego procesu. Naprawdę dobry sposób na oderwanie się od prozy dnia codziennego.
![]() |
| W oczekiwaniu na wodę |
![]() |
| Podręczna stacja meteorologiczna |
piątek, 7 grudnia 2012
Co nowego?
Grudzień już się rozpoczął, św. Mikołaj przyniósł prezenty, a śnieżny puch pokrył nasz kraj... w końcu! Nie pozostaje mi nic innego jak spędzić kilka nocy w moim malutkim namiocie i poeksperymentować z różnymi wariantami tak by maksymalnie nauczyć się wykorzystywać cały sprzęt który będę niósł na plecach.
Bardzo miło jest mi także poinformować że na objęcie mojej wyprawy patronatem medialnym zgodziło się Stowarzyszenie Polska Szkoła Survivalu, a także szkoła przetrwania Tooley Survival.
Dziękuje Wam za wiarę w ten projekt!
Bardzo miło jest mi także poinformować że na objęcie mojej wyprawy patronatem medialnym zgodziło się Stowarzyszenie Polska Szkoła Survivalu, a także szkoła przetrwania Tooley Survival.
Dziękuje Wam za wiarę w ten projekt!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






